Po co komu Red Bull, gdy spędza wakacje na Sycylii? Tutaj jadąc samochodem trzeba używać Mocy, by przetrwać. Można bez kompleksów uprawiać seks na ławce w parku i nabyć nowiutką PS2 za 59 euro przy zakupie 10 gier na PSX’a…
Inspirowany przez sympatyczny tekst o graniu i traktowaniu graczy w hiszpańskich miasteczkach, który swego (dawnego) czasu zamieszczony był na łamach magazynu Neo Plus, popchnięty brutalnie przez – stojącą tuż nade mną – muzę pragnę podzielić się swoimi doświadczeniami o graniu w UE. Nietypowo jak na zwykły reportaż z pola bitwy zacznę od podsumowania: Przy tym wszystkim, co tam zobaczyłem socjalizm wydaje się być rozsądny, a każda forma mistycyzmu realna tak, jak ból zęba po zjedzeniu kilograma Nutelli.
Przygodę z grami na obczyźnie, porównywalną do akcji dobrego survival-horroru, rozpocząłem od wizyty u znajomego mojego znajomego z tamtych stron Po krótkiej rozmowie odkryłem, że ów znajomek posiada konsolę PS2 wraz z zestawem padów i na okrągło wirującym PES’em 6 w czytniku. „Miłe zaskoczenie!” pomyślałem, co w perspektywie czasu oznaczało, że wydałem na siebie wyrok. Otóż zadziałało tutaj jedno z praw Murphi’ego, które przystosowane do sytuacji powinno brzmieć: „Jeżeli coś zaskakuje Cię pozytywnie, zasadniczo jest złe. Jeżeli coś zaskakuje Cię nieprzyjemnie, jest tragiczne w swoich skutkach”. Oczywiście po znajomych widać było, że nie mają dostępu do szkółki piłkarskiej N+, o czym tylko napomknę, bo to nie poziom umiejętności jest głównym aktorem tego spektaklu. I znowu jestem zmuszony wtrącić dygresję, która pozwoli zrozumieć jakież było moje zaskoczenie, kiedy to byłem światkiem kolejnych scen. Wciąż mówi się w Polsce, że to zarobki niedostosowane do unijnych standardów są przyczyną piractwa w naszym kraju. W pojęciu Unia Europejska chyba mieszczą się kraje, które należą do niej tyle czasu, co Włochy, prawda? Otóż nie. Tam pensje miesięczne także odbiegają od tych standardów, gdyż cała kolekcja owego sympatycznego jegomościa składała się z gier wypalanych na płytach TDK. Mówię w duchu: „Ciężko przędzie, w końcu nie zbija kokosów na kucharzeniu w pobliskiej restauracji”. Jednakże wyspa najwyraźniej chciała zburzyć mój światopogląd razem z fundamentami, na których opierał się dotąd jakże dzielnie.
Kolejne wersy tej doskonałej sztuki zostały dopisane, kiedy szukałem ASUS’owskiego laptopa dla mojej rodzicielki. Kolejne dobre złego początki – znalazłem bez trudu, i po cenie niższej w stosunku do Polski o około 250zł biorąc pod uwagę obecny kurs waluty. Zaznaczyłem odpowiadający mi model, miły sprzedawca był zachwycony wyborem, wydrukował jakieś karteczki i wysłał asystenta na poszukiwania Graala do magazynu. W czasie morderczych połowów pana zastępcy zagadnąłem tego właściwego o system operacyjny najbardziej odpowiedni dla nowego użytkownika w hermetycznym świecie komputerów. Oczywiście (ku zaskoczeniu) sprzedawca polecił Windowsa Vistę. Zdecydowanie odradził wszystkie inne systemy zanim wypowiedziałem jakąkolwiek inną nazwę. Reporterskim obowiązkiem postanowiłem dociekać ceny programu prostym wydawałoby się pytaniem: „Ile kosztuje ta Vista?”. „Oczywiście może pan kupić tę oto płytę z licencją, lub nabyć komputer z zainstalowanym linuxem i ściągnąć go… Jak wszyscy” – oznajmił uprzejmie sprzedawca wyraźnie akcentując ostatnie dwa słowa w stronę mojej niedowierzającej swym zmysłom mamy. Oczywiście nie jestem Don Kichotem walczącym z każdym objawem piractwa, jednakże piszę o tym aby uświadomić Wam, że w Polsce o tym problemie się dyskutuje, piętnuje i ludzie poczynili wielki krok – wiedzą, że to, co robią z prawami autorskimi jest powodem do wstydu. We włoskich umysłach (i jestem o tym przekonany po rozmowach z wieloma graczami jakich tam spotkałem) nadal pokutuje przeświadczenie, że ten który płaci za coś, co można mieć za darmo jest po prostu niepomiernie głupi i godny głośnego, publicznego wyśmiania.
I teraz tak. Te jakże dantejskie sceny, które są niestety jakże normalne dla naszego kraju, wydarzyły się dosyć dawno. Mniej więcej tak samo dawno, kiedy Amerykanie kręcili swoją wycieczkę na księżyc. Ale taka jest Kronika Gala Antonima. Siadam do klawiatury i tekst pojawia się sam.