Siedem

By Gal Antonim

Okej, to nie będzie łatwa lektura. Jeżeli zrozumiecie wszystkie wątki i sytuacje związane z każdym z akapitów to gratuluję Wam sprytu, chytości i wszystkich innych cech związanych z przewidywaniem mysli innych ludzi. Spójrzcie na ten tekst z perspektywy licealisty zmuszonego przez “system” do przesiadywania i wysłuchiwania na lekcjach czegoś, co nie jest do pojęcia przez umysł człowieka (wide fizyka relatywistyczna… Wyobraź sobie cztery proste w przestrzeni, wszystkie prostopadłe do siebie). Powodzenia!

Dramaturgia
Intensywna, akcja rozgrywa się na oczach milionów. Celny strzał, silny wybuch, niemy krzyk, głośny płacz, odległa rozsądkowi masakra… I nagle, zza piekielnego udźwiękowienia rozlega się ryk uradowanych tłumów. Tłum za tłumem przy telebimie cieszy swą twarz owym obrazem ostatecznej rozpaczy. A wszystko, wszystko co działo się na ogromnym ekranie, tragiczny przekaz z ostatniego kręgu podziemi… Taki jest efekt przemowy absolutnej, efekt w swej objętości i dynamizmie przeklęty. Odnotowany w umyśle biednego uczestnika…

Tragizm
Gęsta ciemność beznadziei. Przez głęboki mrok przebija się jedynie niewyraźna sylwetka. Odpiera wściekłe ataki. Doskonałe parowanie, mistrzowski blok, błyskawiczny unik. Ekwilibrystyka oręża i ciała, wprawa, której wymyślne epitety mistrzów słowa nie są w stanie opisać. I jeszcze raz seria zbić i parad. I jeszcze raz! I jeszcze! Tendencyjnie i nieprzerwanie czerń napiera coraz mocniej; ze zwierzęcą furią! Flinta, wycofanie! I ach! TO jednak wie jak przełamać nawet tak cudowna obronę. Ostatkiem sił, aby przetrwać, aby koszmar się zakończył…
Powrócił, lecz kolektyw nie wita go gromką owacją. Nie. Smutek i żal im towarzyszy. Tak dotkliwa rana odciśnie swe piętno. Jednak powrócił, powrócił w chwale. Radujmy się bracia! Jako bohater, przetrwał nieznośny śmiertelnikowi czas! Czas sprawdzenia; dotyk palca jednego z nich…

Strach
Jego wzrok przebijał duszę na wskroś. Niczym oczy bazyliszka jego spojrzenie ciągnęło ze sobą katastrofę odwagi i tragedię osobowości. Ci, którzy nie znali lęku i najpotężniejsi w dziedzinie odwracali swe oblicze gdy przyszło patrzeć mu w oczy. Cisza przerywana była raz po raz krótkim szlochaniem. Krótkim, bo zwracało jego uwagę… Nie jest jasne dlaczego, każdy kogo uchwyciła jego uwaga niczym dotknięty szatańskim palcem zamierał w bezruchu na długie godziny. Nie minęła nawet chwila, a już liczni poddali się. Niektórzy dali za wygraną jeszcze przed przestąpieniem tych progów. Jego wściekłe oblicze zniewalało kolejne osoby, jedna po drugiej z systematycznością godną strażniczek nić życia. W końcu z drwiącym uśmiechem zamknął księgę przeklętego i rzekł po cichu. Po cichu wypowiedział trzy słowa, jednak każdy z nowych poddanych usłyszał krzyk głośniejszy niźli warkot najgłośniejszego z rakietowych silników: „Odkładam czas sprawdzenia…”

Słabość
Etos łączy kolejne ofiary próby silnej woli. Silnej tylko z początku, a i to jest cnotą tylko wytrawnych w epidemicznym boju. Woń tumaniących umysł kadzideł. Zmniejszona dostępność związku swobodnego oddychania. Skomplikowane zaklęcia mające na celu wniknięcie w zamierające połączenia życia. Zapał i wola trwania? Pojęcia bardziej abstrakcyjne niż miłość i solidarność. Sidła zacieśniają swój żelazny, heraklesowy uścisk. Pięść proroka zamyka się na gardle. Przed na poły zamkniętymi oczyma jedynie kolorowe plamy. Ale nie, prorokowi i to za mało. Odbiera ostatnie bastiony nadziei i ducha – barwy przechodzą w szarość. Biel przecieka w beż. Zieleń umyka potężnym susem w nieprzeniknioną czerń. Nikt nie pamięta swego celu. Świadomość jest odległą o lata świetlne mrzonką. Nie ostaje się w nikim ni odrobina wspomnienia o samym sobie. Niczym zgniłe, fermentujące na polu porażki, robaczywe warzywo spętany patrzy przed siebie zamglonymi oczyma. Każdy z osobna i wszyscy razem w etosie utraty spojeni zostali. Żaden promyk, śpiewny słowik, czy dźwięk pociechy nie ostanie się podczas straszliwego czasu… Spomiędzy atramentu próżni mętnych oczu wychwycić można jedynie nikłe, tylko jedno spojrzenie.
Niewiara
I wtem, nagle pojawił się. Choć spodziewali się go wszyscy, nikt nie wierzył w jego przyjście. Jednak jest w nich coś takiego, że słowa pokroju wiara, czy nadzieja w spotkaniu z ich postacią zdają się być przypadkowymi zbitkami liter. Blady strach padł na uczestników i świadków jego obecności. Paraliżował wszelkie życiowe funkcje organizmu i duszy. Do tego uczucia nie da się przywyknąć, można się jedynie pogodzić z nieuniknionym. Jak każdy z jemu podobnych w lewej ręce trzymał księgę – berło, które dawało posiadaczowi nieograniczoną wręcz władzę, ale jednocześnie zniewalało go. Każdy, kto je posiadł choć na chwilę stawał się im podobnym. W prawej dłoni dzierżył oznakowany artefakt o potężnej mocy. Bez niego ponoć są pozbawieni większej części magii dawanej przez berło. Zamknięta w nim dusza posiada moc rozerwania złożonej przez siebie pieczęci. Jednak i bez berła i artefaktu są prawie nie do powstrzymania. Rany zadane przez nich, o ile nie śmiertelne, nie dają się wyleczyć, czy w pełni zagoić. Zawsze dotknięty ich palcem nieszczęśnik nosi na sobie ślad, skazę, coś czego nawet najbardziej bluźniercze słowa nie są w stanie unaocznić. Nikt tak na prawdę nie wie z jakich przyczyn biorą berło do rąk. Pokusa, przymus? Zawsze jednak okazanie słabości i sięgnięcie po nie ma te same skutki. Nieodwracalne i natychmiastowe. Na nic zdają się najpotężniejsze zaklęcia, gusła, obrzędy, czy jakiekolwiek inne działania. Niewola jest dożywotnia, a są tacy, którzy twierdzą, iż nawet po odejściu z tego świata nadal służą swemu jedynemu panu. I choć owiani są gęstą mgłą legend i tajemnic coś mogę Wam powiedzieć z pełnym przekonaniem. Najtęźsi w każdej dziedzinie życia ulegali im w wyniku krótkiego starcia, przy którym posiadacze mocy berła nawet się nie zdyszali. Bo nikt nie wie czy oni w ogóle są na tyle ludzcy, aby oddychać…

Utrata
Każdy z nas dostał naznaczony magicznie przedmiot. Nazywamy go narzędziem pokory. To piekielne coś jedni z nas uważają za dar, inni, bliżsi memu rozumowaniu, rozpoznali w tym kolejny etap wnikania systemu w nasze umysły. Magia wkrada się do świadomości nieszczęśnika niewielkim strumieniem wzbudzając w nim uległość, osłabiając wolę i odczuwanie zmysłami. Działa to wszystko dosyć powolnie, niezauważalnie, ale niepowstrzymywalnie. Usidlony – tak zwykliśmy nazywać tego nieszczęśnika jest dużo bardziej podatny na działania wszelkiej magii, oraz straszliwego dotyku. Jeżeli ktokolwiek zostanie wykryty na unikaniu kontaktu ze swym artefaktem staje się natychmiast obiektem gniewu. A skutki ich wściekłości są wystarczające by uznać ten przedmiot i możliwość kontaktu z nim jako dar. Lawirujemy więc między ciemnością, a niewidocznym by nie zostać wykrytymi, choć ich moc jest na tyle potężna, że często nie da się ujść ich uwadze. Wtedy używamy artefaktu, by nie wzbudzić w nich gniewu, walcząc jednocześnie ze zgubnymi skutkami owej magii. Ich dar poróżnił nas i odebrał nawet ten ostatni bastion naszej woli; jesteśmy ofiarami ucisku i choćby to podważa słuszność stwierdzenia, że przedmiot ten jest darem! W oceanie kłamstw i propagandy giną kolejne jednostki naszego wątłego kolektywu… Narzędzie pokory – przeklęte i bluźniercze jako znak kozła w kole.

Porażka
Jestem. Manifest mojej nadwątlonej świadomości. Czuję. Okrzyk podniesiony przez moje ciało trafiający w umysł. Jako członek kolektywu mogę stwierdzić te dwie rzeczy. Świat wokoło mnie płacze razem ze mną nad dzisiejszymi ofiarami, a moje własne znamiona dają o sobie znać. Wiatr smaga moją twarz, chce mnie ocucić, pogania mnie rozpaczliwie, abym postąpił o krok dalej. Mokre podłoże, bure kolory, nagie drzewa, ludzie pędzący to w jedną, to w drugą stronę. Pomimo, iż wiem, że wszyscy bez wyjątku przeszli, bądź przechodzą to co i ja nie ufam im. Kto nie jest w kolektywie, ten jest poza nim – niby oczywiste, jednak wymaga jasnego podkreślenia. Niby wiem, że jestem teraz bezpieczny. Niby berło nie działa w tej chwili na mnie. Niby nie jestem ofiarą narzędzia pokory. Jednak ich sposoby na nasze zniewolenie wykraczają ponad jakiekolwiek zrozumienie. Działa na mnie magia, która zmusza do przystawania jaźnią w okolicach świątyń berła. Nie da się zbyt długo pozostać świadomością w oddali, coś zawsze ciągnie ją z powrotem. Ciągnie moje myśli boleśnie i bezkompromisowo do tego przeklętego miejsca! Czasami nie panuję nad sobą, błąkam się labiryntem usidlonego umysłu. Ale teraz jestem bezpieczny… Raz cichutko, niby zza rogu wyłania się myśl o berle. Ale teraz jestem bezpieczny… Innym razem niczym grom spada na mnie obezwładniając każdą moją komórkę, każdy impuls i oddech! Ale teraz, tak teraz jestem bezpieczny… Coraz częściej uświadamiam sobie, iż bardziej boję się siebie i swych słabości niźli ich i owych mocy. Gram swoją symfonię świadomości, ale kto wie kiedy zdarzy mi się fałszywa nuta? Idę, krok za krokiem zmierzam do celu. Ale jakiego? „Nie!” – krzyczę w głos. Zaczyna się. Przestaję dostrzegać barwy, nie odczuwam swych kończyn. Świat gaśnie…
Zbieram się na równe nogi, na moim ciele nie dostrzegam znamion… Mam inne ubranie, a wokoło mnie jest ciemno. Wyzbyłem się strachu, cokolwiek się zdarzy jestem członkiem KOLEKTYWU – tanio skóry nie sprzedam. Uspokoiłem oddech, a moje rysy przybrały całkiem bojowy wyraz.
- Czego chcecie? – rzuciłem w nicość ostrym tonem.
- Mamy coś dla ciebie. – odpowiedział mi wysoki głos wokoło mnie. Usłyszałem lekki, niepokojący rechot na końcu zdania.
- Kolejne narzędzie pokory? – Przede mną pojawił się korowód dwunastu postaci, to byli oni, ubrani w czarne płaszcze z czerwoną obwódką przy kołnierzu.
- Nie mój drogi… – oznajmił szeptem jegomość w środku korowodu, ten o wysokim głosie. – Mamy dla ciebie berło.
To kompletnie zbiło mnie z tropu. To cios poniżej pasa. Zrzedła mi mina. Wszystko ułożyło się w kompletną układankę.
- Właśnie, spełnisz swoje wszystkie marzenia. Twoje znamiona znikną na zawsze, ogarniesz wszystko własną świadomością, zemścisz się na swoich oprawcach. Tylko weź do rąk to berło. To twoje przeznaczenie. Wiem, że wciąż o nim myślisz, pragniesz go, a ono pragnie ciebie.
W mojej głowie toczył się niezwykły bój. Rzeczywiście, co dzień nawiedzały mnie myśli o księdze. Nieograniczona władza… W końcu będę mógł wyzwolić swoją świadomość za jej pomocą. Choć na chwilę posmakować władzy absolutnej, zatarłbym swe znamiona – skończyłyby się męki… Spojrzałem na nich. Jeden z nich miał w ręku berło i uśmiechał się do mnie ukradkiem. Ta księga… Odetchnąłem głęboko podejmując decyzję. Podszedłem do nich już bez strachu, czy jakiejkolwiek niezręczności. Spojrzałem w oczy dzierżącemu księgę i wypowiedziałem coś, czego wcześniej nie spodziewałbym się po sobie:
- Nie macie nade mną żadnej władzy. Nie lękam się waszego gniewu i mocy…

Dodaj komentarz